5 lat studiowania nauk społecznych, spędzonych na analizie zjawisk i obserwacjach, nauczyły mnie jednego. Szukaj inspiracji w otoczeniu, która da Ci możliwość do głębszych przemyśleń.
Takim też punktem zapalnym stały się ostatnio 3 rzeczy. Film, gra komputerowa i książka.
Jako wielka miłośniczka zarówno czytania, oglądania jak i grania, nie mogłam bezrefleksyjnie podejść do działań marketingowych nie tylko tych trzech, ale również i innych im podobnych produktów.

Jak mówiłam w życiu szukam głównie inspiracji dlatego wpis, pomimo tego że koncepcja narodziła się jakiś czas temu, pojawia się dopiero teraz. Chciałam ująć go całościowo a nie połowicznie.
Film – Igrzyska Śmierci, gra – Wiedźmin 2 Zabójcy Królów, książka – Wiedźmin Sezon Burz. Od tego wszystko się zaczęło.

Zacznę chronologicznie od książki, ponieważ ona trafiła w moje ręce najwcześniej i zapoczątkowała refleksje dalsze.
Sapkowskiego uwielbiam, jako wielka fanka fantastyki w ogóle, nie mogłabym nie docenić świetnego autora, na prawdę świetnego stylu i klimatu, w którym utrzymana jest saga o Geralcie z Rivi. Książkę, zresztą jak pozostałe czyta się fantastycznie, jednak nie o recenzje książki tutaj chodzi a o zabieg marketingowy.
Jeśli chodzi o Wiedźmina (książkę), największą rolę w tym przypadku odegrał sentyment.
Zachęcona nagłówkami, plakatami, informacjami na portalach typu: „Kontynuacja sagi o Wiedźminie!”, nie zastanowiłam się ani sekundy nad kupnem jej. Więcej czasu zajęło mi wybranie typu przesyłki niż kliknięcie Kup teraz. Kupiłam ją, bo podziałało na mnie odniesienie do wcześniej przeczytanej i sprawdzonej serii, która towarzyszyła mi podczas wieku młodzieńczego. W tym przypadku się nie zawiodłam, bo produkt wart był i ceny i czasu, który nad nim spędziłam. Zaczęłam się jednak zastanawiać ile książek i kampanii zostało zbudowanych na lojalności? Czy jest to wyjątek, czy może odstępstwo od kampanii produktów? Czy zamiast budować trwałe relacje, firmy skupiają się na sprzedaży i nachalnej reklamie? Chcąc przekonać się o tym sięgnęłam po odstawioną grę Wiedźmin 2.

Odstawiłam ją jakiś czas temu, ze względu co prawda na niemoc mojego sprzętu, który nie sprostał wymaganiom studia CD Projekt RED i dopiero po odświeżeniu i powiększeniu RAM, mogłam podejść do testowania ponownie. Zwolennicy książki pewnie się zaraz na mnie rzucą na porównanie gry do książki. Tak jak mówiłam jestem fanką Geralta od początku jego istnienia, ciekawi mnie każda jego odsłona,więc i tą w grze musiałam zobaczyć. Po niezbyt udanej próbie przeniesienia Wiedźmina na ekrany kinowe i telewizyjne (o zgrozo, wolałabym tego nie pamiętać) muszę powiedzieć, że równoległa historia i zakończenie jej w grze, w ogóle mi nie przeszkadza. Oddzielam to co twórcy gry mi przedstawili i to co A. Sapkowski uwiecznił w Sadze. Komunikaty o niewłączeniu się autora książek do tworzenia gry, były na tyle głośne, że każdy uzyskał jasny komunikat, że kampanie tych dwóch produktów są prowadzone osobnymi kanałami i nie mają żadnej wspólnej drogi, czy kreacji. W ogóle nie odczułam tego jako konsument. Czuje się usatysfakcjonowana jednym jak i drugim produktem, ponieważ niosą one za sobą tak samo wysoką jakość, i pomimo tego, że kampanie nie były prowadzone razem, wydaje mi się że wiele osób które poznały jedno z obliczy Geralta (albo to z książki lub z gry) wcześniej czy później sięgnie po drugie by porównać wizerunki. Marketing w tym przypadku napędza się sam. Koło puszczone w ruch toczy się dalej. Fakt, ktoś wykorzystał moją lojalność, ja jednak nie czuję się zawiedziona. Zdaje sobie jednak sprawę, że może to być tylko moje odczucie.

Dwie rzeczy równolegle zbiegły się z trzecią, czyli filmem, którego premiera miała miejsce w listopadzie. Igrzyska Śmierci w pierścieniu ognia, to druga część trylogii Suzanne Collins. Książka dobrze napisana, jednak mimo wszystko mam wrażenie że więcej osób sięga po nią po obejrzeniu filmu, czyli zupełnie odwrotnie niż w przypadku Wiedźmina. Trzeba przyznać, że film był dobrze wypromowany. Dobra obsada, zachwycające stroje, Leny Kravitz z barwnym makijażem, czegóż więcej chcieć? Ten film musiał być skazany na sukces. Na kolejną kinową część twórcy każą nam czekać aż rok… ja jednak wiem, że wybiorę się na nią. Zarówno film, jak i książka prowadząc spójną kampanię i promując się nawzajem przekonały mnie do tego, że warto.

Te trzy rzeczy zastanowiły mnie nad moimi zachowaniami wcześniejszymi, i zaczęłam poszukiwać schematu, który powtarzam jako konsument i odbiorca komunikatów marketingowych. Przypomniałam sobie inne sagi książkowe, które warto by wspomnieć przy okazji.

Najwcześniej był Harry Potter.
Trzeba przyznać, że każda nowa książka z cyklu, odnosiła większy sukces niż poprzednie i tak do siódmej – ostatniej. Saga ta, jest dość specyficzna, ponieważ ma zdecydowanie inne grono odbiorców niż Wiedźmin, wydaje mi się że również inne niż to czytające i oglądające Igrzyska Śmierci. Młodsi odbiorcy komunikatu, przy okazji premier kolejnych książek czy filmów, atakowani byli innymi produktami powiązanymi z historią w nich zaprezentowaną. Przykładowo fasolki wszystkich smaków Bertiego Bottsa…

czy różdżka…

czy naszyjnik Hermiony, który zmieniał czas…

Nie mówię o tak prozaicznych gadżetach napędzających machinę marketingu jak kubki, plakaty itp, bo one występują przy każdym filmie, który kampanię jakąkolwiek posiadał. Seria o Harrym Potterze odniosła olbrzymi sukces komercyjny na świecie w zakresie wyników sprzedaży książek, gadżetów promocyjnych, gier komputerowych, oglądalności w kinach czy sprzedaży filmów. Została zaliczona do jednej z ważniejszych wydarzeń współczesnej popkultury. Komunikacja marketingowa odniosła

Jest jeszcze jedna saga, której poruszenie tutaj przyniesie pewnie więcej strat niż korzyści jednak wspomnieć ją warto…Jest to przykład tego, jak kiepską książkę można „wypromować” jedną twarzą sławnego aktora.
Konkretnie tą twarzą.

Odtwórca roli Edwarda w Zmierzchu – Robert Pattinson, stał się bożyszczem nastolatek które marzyły o tym by taki wampir zapukał do ich drzwi. To jest również przykład jak jeden aktor i jego życie osobiste może wypromować nie tylko słabą książkę, ale i słaby film i słabą partnerkę filmową… Jak widać twarz Robert może czynić cuda, ponieważ klip promujący 3 film :Saga Zmierzch: Zaćmienie – znalazł się na ósmym miejscu najpopularniejszych klipów YouTube w 2010 roku… Można? Można.

Na zakończenie podzielę się trochę moimi odczuciami i trochę pragnę się usprawiedliwić.
Wybrałam takie a nie inne przykłady, raczej krzykliwe, a nie te szablonowe. Każdy z nich przedstawił według mnie inny schemat działań marketingowych i wykorzystał inny model zachowania konsumenta. Ja jestem przykładem bazującym na czymś sprawdzonym i jeżeli sięgam po nowości, jest to kierowane sentymentem związanym z innym produktem.
Jednak większość modeli zachowań ma charakter predykcyjny. Możemy gdybać i przewidywać czy nasz potencjalny odbiorca się na to „nabierze” czy nie. Otoczenie zapewnia nam tyle bodźców marketingowych, że świadomy konsument musi dokonać selekcji wstępnej by spośród atakujących nas komunikatów wybrać, te które w jakikolwiek sposób są powiązane z naszą sferą zainteresować. Bądźmy szczerzy, większość selekcji nie robi i albo odrzuca wszystko, albo na wszystko się nabiera…