Ciągle jeszcze pobrzmiewa echo ostatniej burzy w sprawie bezpłatnych praktyk i staży. Zanim ucichnie (aby zapewne odezwać się znowu za kilka miesięcy), dorzucę swoje trzy grosze z perspektywy osoby, która odbyła takową przyjemność nawet nie za suchy żwir, a zupełnie za darmo. A przepraszam, kawa i herbata zawsze były bez limitu.

Dużo się mówi w ostatnich dniach o podejściu studentów i absolwentów do wykonywania bezpłatnej pracy. Akurat w tej kwestii myślę, że najwięcej zależy od sytuacji, w której znajduje się kandydat.  W związku z tym stażyści i praktykanci dzielą się na (przynajmniej) dwie grupy. Pierwsza, to osoby, które muszą „odbębnić” praktyki w ramach studiów. Druga, to osoby, którym zależy na nauce i zdobyciu doświadczenia. Osoby, które albo rzeczywiście chcą się rozwijać w danym kierunku albo po prostu chcą sprawdzić czy, to jest właściwy kierunek. Pierwsi nie szanują ani pracy, ani czasu swoich współpracowników. Drudzy potrafią poświęcić naprawdę dużo, aby dostać szansę, nawet na bezpłatny staż. A jako, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, tak wyszło, że byłam w obu grupach i mam kilka przemyśleń.

Moją pierwszą bezpłatną praktykę odbyłam w trakcie studiów licencjackich. To był jeszcze taki moment, kiedy wydawało mi się, że praktyki zupełnie nie mają znaczenia. Stojąc na czele tak zwanego „pokolenia oszukanego” myślałam, że przecież praca sama się znajdzie. No, bo jak to możliwe, że ja mogłabym mieć problem z jej znalezieniem? Młoda, wykształcona, całkiem ogarnięta osoba – po studiach praca się po prostu należy. Praktyki dosłownie „odbębniłam”, wpisując w dzienniczek znacznie więcej niż w rzeczywistości się działo. Dziś, z perspektywy czasu wiem, że zmarnowałam nie tylko szansę, ale i czas. W rozmowach z młodszymi koleżankami i kolegami, zawsze podkreślam, że praktyki i staże są o wiele więcej warte niż zdane na piątki egzaminy i że warto wyrobić jak najwięcej godzin już od pierwszego roku studiów.

Na to, że chciałabym pracować w branży PR/Marketing wpadłam dosyć późno. Nie mając żadnego doświadczenia, wysyłałam CV, chodziłam na rozmowy, próbowałam poprzez znajomości i nic. A przecież nie startowałam na płatne staże ani stanowiska specjalistów. Problemem było dostać się na właśnie ten, przez wielu wyśmiewany, staż bezpłatny. Przegrywałam, bo… nie miałam doświadczenia (sic!). Dla porównania, studenci ubiegający się o ten sam staż, mieli w swoim CV już co najmniej kilka wpisów typu: „praktyka w dziale marketingu”, „praktyka w radiu”, „praktyka w agencji interaktywnej, PR”, itd. Przegrywałam również dlatego, że nie wiedziałam jak powinnam się zaprezentować na rozmowie kwalifikacyjnej i jak w ogóle rozmawiać z potencjalnym pracodawcą.

O tym, że Planet PR potrzebuje stażysty dowiedziałam się przez przypadek (czy nie tak to się przeważnie odbywa?!) Po przesłaniu CV, zaproponowano mi bezpłatny staż na okres 3 miesięcy. Nie mogąc sobie pozwolić na niezarabianie, pracowałam jednocześnie w salonie jednego z operatorów sieci komórkowej. Wychodziłam z domu przed 8, wracałam po 22. Ale najbardziej męczyły weekendy, w które zamiast leżeć brzuchem do góry, pracowałam. W przypadku tego stażu, zupełnie inaczej niż podczas praktyk studenckich, znaczenie miała motywacja. Motywacja, aby uzupełnić wiedzę i zacząć wreszcie zdobywać konkretne doświadczenie w branży, z którą chciałam związać moje życie zawodowe.

Wiele osób zarzuca, że w trakcie bezpłatnej praktyki/stażu, pracodawca obarcza młodych, ambitnych ludzi prostymi, żmudnymi i nudnymi obowiązkami. Ale przecież trudno żeby od razu powierzyć nowej, „świeżej” osobie np. prowadzenie projektów. Żeby móc je prowadzić, najpierw trzeba się nauczyć wykonywać wszystkie działania z tym związane. Nawet, jeśli trzeba zacząć od researchu i budowania bazy mediów, przekopując się przez dziesiątki stron, artykułów, dzwoniąc i aktualizując adresy i numery telefonów. Nie są to najbardziej porywające zadania, ale ich wykonanie może zdecydować o sukcesie, albo porażce.

Może miałam szczęście trafić na staż z prawdziwego zdarzenia, ponieważ już w pierwszych tygodniach pisałam informacje prasowe i artykuły, wysyłałam newslettery, kontaktowałam się z dziennikarzami. Wszyscy cierpliwie tłumaczyli, pokazywali, co jak i gdzie się robi w tych internetach. Odsyłali do poprawy notki z komentarzami, radzili jak komunikować się z mediami. I chociaż pierwsze telefony były najtrudniejsze i nie raz plątałam się w zeznaniach, to nie dawałam za wygraną. Nie po to zdecydowałam się na staż, żeby się bać odezwać i po cichu przemykać przez biuro. Nie siedziałam w kącie, nie czekałam aż ktoś przyjdzie do mnie z zadaniem – sama po nie przychodziłam, nie raz nawołując: „halo, szukam pracy”. Najbardziej lubiłam, kiedy dostawałam do zrobienia coś, za co nie wiedziałam nawet jak się zabrać!

Teraz, z perspektywy czasu myślę, że to były dobrze wykorzystane trzy miesiące. W moim odczuciu, wycisnęłam z tego stażu bardzo dużo. Jasne, że na początku nie powierzano mi trudnych obowiązków. Ale nie parzyłam też kawy, a do moich zadań nie należały tylko chodzenie na pocztę i kserowanie dokumentów (chociaż te dwa ostatnie się zdarzały, jakoś listy same nie chcą się wysyłać). Od samego początku brałam udział we wszystkim, co działo się w agencji. Dużo się nauczyłam, poznałam wiele ciekawych osób i w końcu dowiedziałam się, o co tak naprawdę chodzi w tych całych PR-ach ;) Nigdy nie byłam pozostawiona samej sobie – czułam, że mam wsparcie i pomoc ze strony współpracowników.

Jeśli chodzi o radę dla wszystkich kandydatów – zgadzam się z Sylwią – trzeba zagryźć zęby i dać z siebie wszystko. W tym świecie nikt nikomu nie daje nic za darmo, nic się samo nie robi, a doświadczenia nie bierze się z książek. Czy staż jest kluczem do sukcesu? Nie wiem, czasem chyba trzeba też trochę szczęścia. Powodzenia!